UDOSTĘPNIJ

Share on facebook
Share on twitter
Share on email

Do niecodziennej prezentacji doszło w na ogół pustym salonie Tesli. Mogliśmy tan zobaczyć czwarty model od amerykańskiego producenta – Model Y. Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Nie obyło się jednak bez zaskoczeń.

Podwyższone zawieszenie, nadwozie typu SUV, możliwość przewozu do 7-osób (ale jak na razie nie w Polsce) oraz w pełni elektryczny napęd. Tak w skrócie prezentuje się nowy samochód od Tesli. Model Y to najmłodsze dziecko, które do Europy trafiło z dużym opóźnieniem. Mimo że na innych rynkach jest dostępne od jakiegoś czasu, to zainteresowanie jest na tyle duże, że nie mogło się odbyć bez polskiej premiery.

Z tej okazji warszawski salon marki, zapełnił się pojazdami (aż dwoma). Jest to odejście od reguły, gdyż do tej pory nie było w nim pojazdów. Plan biznesowy Tesli nie zakłada klasycznych salonów. Podobnie jak struktura sprzedażowa, wszystko jest przeniesione do Internetu.

Wróćmy jednak do tego co mogliśmy zobaczyć. Podczas stacjonarnej premiery Modelu Y mogliśmy nie tylko je zapoznać się z nowym pojazdem, ale również porównać je z modelem 3, który jest stylistycznie zbliżony. Widać wiele wspólnych elementów oraz rozwiązań. Ten zabieg nie jest zaskoczeniem. W końcu unifikacja, to domena czasów współczesnych. Drugim argumentem przemawiającym za takim rozwiązaniem jest kwestia redukcji kosztów produkcji, a w efekcie obniżania cen zakupu, choć może nie w tym przypadku, ale o tym później.

Bryła Modelu Y, jasno wskazuje, że mamy do czynienia z dużym SUVem. Jest wyższy oraz przestronniejszy od swojego bardziej usportowionego odpowiednika – Modelu 3. Ma również większy bagażnik. Co ciekawe, Tesla nie chce podawać jego objętości, by nie wprowadzać konsumenta w błąd. Nie jestem w stanie zrozumieć takiego tłumaczenia. Niemniej jednak jest on spory i większy od tego co oferuje Model 3 (425-litrów). Rzuca się natomiast w oczy brak rolety przestrzeni bagażowej. Po prostu jej nie ma i koniec. Nawet w opcjach nie przewidziano tak prozaicznego elementu. Można natomiast wybrać rozszerzonego Autopilota za 19,5 tys. zł, pełną zdolność do samodzielnej jazdy (39 tys. zł) lub 20-calowe koła przy odmianie Long Range za 10 tys. zł.

Wnętrze jak przystało na Teslę jest minimalistyczne. Za całą obsługę samochodu odpowiada ekran centralny. Również tam znajduje się prędkościomierz, otwieranie bagażnika, nawigacja, multimedia itd. Poniżej jest ładowarka indukcyjna z możliwością ładowania dwóch smartfonów. Reszta to przyjemne wykończenie oraz przestrzeń. Jej jest naprawdę sporo, zwłaszcza z tyłu.

Tesla Model Y wydaje się atrakcyjnym produktem. Wielkościowo konkuruje z takimi samochodami jak Mercedes EQC, Hyundai Ioniq 5 czy Kia EV6. Jednak w porównaniu do konkurencji bije ich zasięgiem. Podstawowa odmiana Long Range (od 299 990 tys. zł) ma teoretyczny zasięg wynoszący 507 km (według WLTP). Może rozpędzić się do 217 km/h, a pierwszą setkę osiąga w 5 sekund. Ponadto w tej wersji w standardzie posiada 19-calowe koła, 5-miejsc oraz napęd na cztery koła.

Topowa odmiana to wydatek minimum 329 990 zł. W porównaniu do podstawowego wariantu, jest mocniejsza, gdyż pierwszą setkę osiąga w 3,7 sekundy i maksymalnie pojedzie 241 km/h. Ma jednak mniejszy zasięg, gdyż według procedury WLTP, jest w stanie pokonać do 480 km oraz większe, 21-calowe koła już w standardzie.

Jeżeli uwzględnimy dotacje to ceny zakupu Modelu Y spadną odpowiednio do 272 990 zł za Long Range oraz do 302 990 zł za Performance. Mimo dopłat to i tak dużo, zwłaszcza, że konkurencja dostępna w Europie może być tańsza. Jednak jak już nie raz się okazało, cena nie zawsze jest najważniejsza. Z tego względu, podobnie jak Model 3, nowy produkt może mieć całkiem dobre wyniki sprzedaży.

Maciej Gis

UDOSTĘPNIJ

Share on facebook
Share on twitter
Share on email

Zobacz również:

NEWSLETTER

Zapisz się do naszego newslettera! Bądź na bieżąco z nowościami z rynku paliw alternatywnych

FACEBOOK

POLECANE

ŚLEDŹ NAS NA

PARTNERZY